Mija prawie rok od mojego ostatniego wpisu (no może trochę przesadziłam ale blisko, blisko ;))
Dziś chciałabym powrócić do tego bloga, jak również do szycia, do tworzenia wszelakich rzeczy.....
Zapytacie skąd ta przerwa i zaniedbanie. Otóż jakiś czas temu dowiedziałam się że choruję na SM.
Już sama diagnoza była dla mnie niezłą dawką emocji, nerwów, pytań bez odpowiedzi...jedyne co pewne że SM nie mija, nie ma na to lekarstwa, trzeba z tym żyć...a żyć w tej chorobie bywa naprawdę trudno.
Jestem po kolejnym rzucie choroby, a w zasadzie w trakcie jego przechodzenia w nadziei że na ten rzut to już koniec chorowania.
Myślę że póki co mogę się zaliczać do tej grupy szczęśliwców z SM u których choroba jeszcze nie pozostawiła wyraźnych śladów i poza okresami rzutów choroby mogą normalnie i sprawnie funkcjonować :)
Siedzę więc w tym momencie w domu i próbuję od nowa swoich sił w szyciu
Tak naprawdę daje mi to niesamowitą siłę duchową, energię i chęć do działania nawet jeśli ciało nie do końca chce współpracować, w głowie kłębią się nowe pomysły :)
Tyle o mnie. Nie chciałabym żeby te blog stał się miejscem użalania się nad losem, ale wiadomo że teraz SM jest częścią mojego życia i wiele rzeczy (jesli nie wszystko) jest temu podporządkowane.
Przechodząc (chyba jednak niezbyt zgrabnie) do tematu szycia, popatrzcie proszę jakie rzeczy
ostatnio wymodziłam
Woreczki uszyłam z bawełnianej tkaniny w naturalnym (jeśli mogę tak to ująć) kolorze.
Na przodzie naszyłam haftowane już dawno motylki, które są naszyte z trzech boków tak aby tworzyły kieszonkę w której dodatkowo można coś schomikować...
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i dziękuję że wciąż do mnie zaglądaliście, pędzę do maszyny realizować nowy pomysł...do następnego postu, Ahoj!
