Ostatnio odkryliśmy nowe ślady na śniegu które wskazują że pod nasz dom podchodzą sarny :)
Rzeka jak długa i szeroka grubo zmarznięta więc leśne zwierzaki mają na skróty do naszego podwórka- wystarczy przejść przez taflę lodu...
Skoro tylko uwidoczniły się ślady naszych "gości" czatowaliśmy następne pół nocy aby któregoś przyłapać (nie ma to jak zobaczyć z kilku metrów najprawdziwsza na świecie dziką sarnę :))
Ale na ogół na podwórku trafiał się zgłodniały kot, który próbował włamać się do naszego śmietnika, a że mu się to nie udawało postanowiliśmy sami go nakarmić...hmmm, tylko jak zawołać kota po szwedzku??!?
Uwierzcie że na
kici-kici nie reaguje...ostatecznie zostawiliśmy jedzenie w misce na podwórku i dając za wygraną poszliśmy spać.
Rano miska pusta a przy niej ślady sarnięcych racic :) a my przespaliśmy okazję zobaczenia sarenki na naszym podwórzu, ech!
Żeby to sobie zadośćuczynić postanowiłam uszyć sobie swoją własną sarenkę
Wykrój ściągnęłam gdzieś w internecie i trochę przerobiłam wg własnego
widzi-mi-się :)
Luby pomógł zainstalować w jej ciele drut więc sarenka pewnie stoi na nogach i nawet można ją trochę powyginać ;)
Na zdjęciu sarenka stoi na tle naszego kominka, który powstawał w wielkich boleściach-
po pierwsze bolesciach
rąk mego Lubego (nie łatwa to robota szczególnie jak stale czegoś brakuje z elementów do konstrukcji)...
po drugie bólu mojego zranionego serca, a może raczej urażonej dumy-bo nie tak miał ów kominek wyglądać!! przynajmniej w moich wyobrażeniach...Ale że Luby uparty...ech, w takich chwilach naprawdę zaczynam wierzyć że pochodzimy z rożnych planet ;).... ale ostatecznie nie warto przecież kłócić się o jakiś tam kominek, lepiej cieszyć się chwilą i każdą doceniać.....ale kominka Wam nie pokażę bo jeszcze się z nim nie pogodziłam, o!
Pozdrawiam Was jak zwykle ciepło i serdecznie ;*