18 lipca 2010

życzenia dla brata

aj, miało być o czym innym..ale potrzeba chwili zadecydowała o tym poście.
Dziś urodziny mojego brata...najfajniejszego brata pod słońcem, szkoda tylko że dzieli nas taka odległość..ale życzenia choćby mailem na pewno dotrą.
Wzięłam się na taki pomysł jak widać po niżej...wierszyk ułożyłam sama, i tym najbardziej się szczycę :)
Na zdjęciu sceneria okropna-pokój w remoncie, widok na dachy bloków, do tego upal jak nic...ech, ale co tam intencje się liczą!
Siostra na zdjęciu jest i życzenia są a to najważniejsze :)
Pozdrawiam dziś wszystkich bratów swoich sióstr... a mojego osobistego brata  ściskam najmocniej jak mogę !
:)

15 lipca 2010

Candy w chałupnikowie

Zapisałam się na candy w chałupnikowie

Do wygrania jak widać uroczy wianuszek i przecudny cebrzyk z kogucikiem, jest i urokliwa serwetka ręcznie dziergana- więc jak sami widzicie nie ma co się dziwić chęci uczestniczenia w taki candy
Nie mogę się doczekać wyników losowania!

13 lipca 2010

Wiedźmą być...



Pamiętacie jak byłyście małymi dziewczynkami...
pamiętacie kim chciałyście zostać kiedy już dorośniecie...
księżniczkami? królewnami?...
pamiętacie za kogo chciałyście się przebierać na bal w przedszkolu czy w szkole...?
Ja pamiętam dokładnie...już w przedszkolu na każdym balu byłam dobrą wróżką, czarodziejką- pamiętam jak mama naszywała z folii spożywczej srebrne gwiazdki na bistorowej sukience (szytej z zasłony oczywiście, co było chyba standardem w tamtych czasach)
Marzyłam żeby znać magiczne zaklęcia i umieć rozmawiać ze zwierzętami- chciałam wiedzieć o czym szepcą pszczoły latające w ogródku...i dlaczego nie wszystkie mrówki gryzą jak się je weźmie na palec (pewnie jak ludzie-dzielą się na te złe które kąsają i dobre które nie mają do tego powodów:))....dlaczego ślimak uparcie idzie w swoim kierunku nawet kiedy przeniosę go w bezpieczniejsze miejsce gdzie nikt go nie zdepcze on zaraz wraca no tę samą ścieżkę, hmm...
Rozmyślałam jak to się dzieje że kiedy księżyc wschodzi na czerwono należy spodziewać się wiatru, księżyc w otoczce przynosi mróz, wczesna poranna mgła wróży dobrą pogodę przez cały dzień podobnie jak dym unoszący się prościutko, pionowo z komina  a kiedy taki dym opada, rozchodzi się, albo gdy jaskółki nisko latają na pewno przyjdzie deszcz... dziś wiem że masę z tych zjawisk da się wyjaśnić prawami fizyki, ale kiedyś kiedy miałam sześć, dziesięć, dwanaście lat to była dla mnie prawdziwa magia  wręcz wiedza tajemna :)

 Więc odkąd pamiętam chciałam być ...wiedźmą
(wiedźma= wiedma= ktoś kto ma wiedzę
niegdyś kobieta posiadająca wiedzę, związaną z ziołolecznictwem, medycyną, przyrodą. Osoba szanowana przez społeczeństwo, zwracano się do niej po rady).
Nie zapomnę jak w przedszkolu wygarnęłam dokuczliwemu dość koledze- Patrykowi że jeśli nie przestanie za mną łazić i mi dokuczać to dosypię mu do pomidorówki proszek z oczaru wirginijskiego i zrobią mu się krosty na języku...zupełnie nie wiem skąd wówczas wzięłam tę nazwę, ale uwierzcie że dla sześciolatków brzmiało to całkowicie magicznie, czarodziejsko a już na pewno tajemniczo...
to teraz wyobraźcie sobie co się działo kiedy mały Patryczek przyznał się dlaczego nie chce kolejny dzień jeść obiadu w przedszkolu.....i wyszło że straszę dzieci w całej grupie, heh...

************

Z kolejnych wspomnień z dzieciństwa pamiętam jak męczyłam babcię o opowieści o dawnych obyczajach, obrządkach, tradycjach na wsi- o wierzeniach, o zabobonach  do których
(cale szczęście) babcia podchodziła dość sceptycznie ale zawsze opowiadała...mówiła też o tym jak ludzie sobie radzili z codziennymi problemami, jak mój pra-pradziadek wypalał cegłę na budowę domu, jak robił szczotki z włosia końskiego (szczotki które każdy z nas pra-prawnuków ma u siebie w domu, moja nadal w użyciu), opowiadała  jak pradziadek szukał wody  za pomocą brzozowej witki niczym różdżki a ponieważ zawsze udawało mu się ją znaleźć to i słynny był z tego w całej wsi Frydrychowice,
Wiele razy słuchałam jakimi sposobami prababcia robiła przetwory na zimę, jakie zbierała zioła, jak je przechowywała, na co stosowała...słuchałam z zapartym tchem jaką moc mają na pozór zwykle ziela rosnące na lakach, kiedy trzeba je zbierać żeby nie wyrządzić sobie ich stosowaniem szkody (niektóre z ziół mają właściwości lecznicze ale mogą okazać się też trujące w zależności od tego kiedy je zbierzemy)...

I tak powiem Wam mijały lata, babci nie ma niestety już z nami ale została mi po niej niesamowita wiedza, swoista intuicja...i mimo że wychowałam się i mieszkam nadal w mieście, moje serce rwie się w stronę łąki, w stronę lasu, dzikich pól...co rusz taszczę z lasu czy z łąki jakieś "zielska" a to żeby przemycić odrobinę dzikich roślin na balkonowy ogródek, a to żeby zasuszyć, zamrozić, zmiksturować zioła czy owoce, tak i w tym roku zaczynam ziołosuszenie- po opadnięciu porannej rosy śmigam na łąkę i zbieram ziele...na pierwszy rzut poszła dzika mięta, skrzyp polny i dziurawiec...jutro idę po babkę lancetowatą i geranium (świetnie działa przeciwzapalnie) , już je ostatnio widziałam je a łące ale wprost brakło mi rąk do taszczenia ziela :)
Marzy mi się zebrać jeszcze ziele jaskółcze ale nie mogę na mojej łące zaleźć ...i  jeszcze rumianek, który używam często do przemywania oczu...a zbierać będę dopiero w sierpniu :)



A tutaj podsuszone już troszkę : skrzyp polny w między który wkomponował się także taki nasz domowy Anioł Stróż-Antoni


 A tutaj pachnąca mięta a w doniczkach także zioła do zupy i małe migawki z kuchni





01 lipca 2010

póki co...


W sumie chciałam tylko oznajmić że już  na dniach przyjedzie do mnie nowa maszyna- prawdziwa przemysłowa stębnówka i będę mogła sobie przeszyć cokolwiek zechcę- i woal, i płótno, i dżins, i poczwórnie złożony...i w związku z tym mam nadzieję na mniej prucia, na mniej splątanych nitek i niedomówienień między mną, maszyną i wykonaną rzeczą :)

A póki co powstały sobie takie oto
UMILACZE PRZESTRZENI






Choć swoje miejsce w pokoju znajdą dopiero po remoncie musiałam je już z wielka niecierpliwością wydziubać :)
Szyte w większości w rękach- jak wiadomo maszyna nadal nie współpracuje, a stary Singer plącze, zrywa nić, przepuszcza ścieg-  nawet przy tak miłych projektach jak ten...












A ja cóż...nadal szyję, niebawem do Was wrócę z nowościami :)



Pozdrawiam wszystkich "Podglądaczy" ;)

24 czerwca 2010

Nie stało się nic...


Nie stało się nic w ostatnich dniach o czym chciałabym napisać,
co chciałabym pokazać...proza życia
Wstając rano zerkam na stertę rzeczy do poprawek przy których praca idzie mi jak krew z nosa- większość muszę wykańczać ręcznie jako że maszyna definitywnie zaniemogła
(naprawa wiąże się z wymianą nowego silniczka i coś tam jeszcze)
więc szyję na dziewięćdziesięcioletnim Singerze który jest zwykłą domową stębnówką (no, może nie taką zwykłą w końcu obszył chyba z pół świata ciuchów i dalej szyje- ale jednak jedynie stębnówką)
....tak więc utknęłam nad tymi poprawkami i "dłubię" je całymi dniami, wykańczam w rękach...czas dziwnie się wlecze a ja z nim, jakoś brak entuzjazmu do działania, do nowych pomysłów..nawet deszcz za oknem znów siąpi, ech!

Ale żeby nie było że tak całkiem narzekam to przyznam się że zaledwie wczoraj byłam na łące i przyniosłam kwiecie pachnące (co by zrymować :))....i cieszę oczy letnimi kolorami , niech wniosą chociaż odrobinę optymizmu w najbliższe dni...



Pozdrawiam Was Wszystkich!!!

16 czerwca 2010

Kodi

...w domu mogę robić naprawdę fajne rzeczy...

zajmować uwagę gości mojej pani...
być tylko i wyłącznie w centrum zainteresowania
...z resztą najlepiej wszystkich obecnych właśnie w domu...


lubię się przytulać, łasić i siedzieć u nich na kolanach...

a już szczególnie lubię siedzieć przy stole

lubię się przyczaić i patrzeć kiedy moja pani wyjdzie z pokoju...
  ...a wtedy niepostrzeżenie zlizać zawartość talerzyka

lubię swój dom...
uwielbiam spać na łóżkach we wszystkich pokojach...
konkretnie to na każdym choćby raz dziennie

...choć tak naprawdę usnąć mogę wszędzie i w każdej pozie..

a chyba najbardziej na świecie lubię spacery z moją panią...



Hau!

15 czerwca 2010

zielona


W końcu coś dla siebie...po długich tygodniach szycia wszystkiego dla innych, po "dłubaniu" nudnych poprawek... i tak dalej, powstała zielona TORBA NA ZAKUPY  :)

Torba zaprojektowana według moich potrzeb, więc musiałam w niej przewidzieć dużą kieszeń (wewnątrz) na schowanie portfela, notatnika i innych szpejów które zawsze ze sobą taszczę
( tak na wszelki wypadek)
 
Zrobiłam także kieszonkę na telefon i obowiązkowo karabińczyk na klucze cobym nie musiała ich szukać po całej torbie....
I to tyle z moich spełnionych wymagań co do torby :)
*******
Aha, jeszcze uszy- zrobiłam je troszkę i inaczej niż zwykle tzn jedno jest naszyte a drugie wiązane na supeł- a to tak żeby sobie torbę troszkę urozmaicić
Zapięcia (poza zapinanymi kieszeniami wewnętrznymi) ogólnie nie ma z prostego powodu- i tak nigdy torby nie zapinam, stale w niej grzebię, coś przekładam, wrzucam, wyciągam więc z założenia miała być bez zapięcia i prosta w obsłudze.
Materiał na nią upolowałam w ciucharce za całe 2 zł :)
Kolor tkaniny w rzeczywistości jest zielono-morski z żółtymi kwiatuszkami i wygląda naprawdę świetnie jedynie światło dziś niezbyt dobre do zdjęć...

I na koniec jedno tylko mam "ale" do tej torby- bowiem wymaga ona ponownego wykończenia tzn odszycia wokoło jako że moja maszyna definitywnie odmówiła współpracy plącząc nieznośnie dolną nić- i choć nie wygląda to zbyt estetycznie strasznie chciałam Wam ją dziś pokazać- no, ostatecznie ślęczałam nad nią cały dzień...

A ów defekt poprawię dopiero kiedy :
a) maszyna na nowo się ze mną pojedna
b) ktoś pożyczy mi inną- grzecznie współpracującą maszynę

Cóż, na razie udaję że tego nie widzę a jutro i tak pójdę z nią na zakupy ;P

08 czerwca 2010

Nadziewane lawendą...

Anegdotka ze spotkania z sąsiadami:
- a co ty tam Agnieszko majstrujesz?- pyta z ciekawością sąsiadka z balkonu na przeciwko trzymając na rękach kilkuletnią dziewczynkę jeszcze bardziej ciekawą od niej samej...
- aaa tam..szyłam wczoraj takie poduszeczki i teraz wypełniam je lawendą; Podobno dobra na mole i ładny zapach w szafie zostawia, nie tylko w szafie z resztą...wiesz...
Naraz słychać z mieszkania sąsiadów
-A z kim tam rozmawiasz Maju?- pyta dziadek dziewczynki
- Z panią Agnieszką- odpowiada zadowolona Maja
-I co, pani Agnieszka pewnie opala się na balkonie? 
- Ni-ee dziadek, worki nadziewa- lawendą!- poprawia dziadka dziewczynka

I tak więc mam  poduszeczki "nadziewane" lawendą :)
Na razie mam tylko trzy- z braku lawendy po prostu....nie spodziewałam  się że na taką poduszeczkę wchodzi tyle suszu.
Z jednego opakowania lawendy zrobiłam cztery poduszeczki z tym że do ostatniej troszkę brakło więc jeszcze jej nie zaszywałam..ale to nic niebawem wybieram się do sklepu zielarskiego więc nakupię całą siatę lawendy ;)))
A tymczasem szyję kolejne poduszeczki i niech sobie już czekają na wypełnienie i wykończenie
Tymczasem oto podusie które powstały

Ich wymiary to około 10x10cm ze wstążeczką do powieszenia

Prace i fotografie publikowane na blogu są moją wyłączną własnością .
Kopiowanie, rozpowszechnianie, wykorzystywanie lub przetwarzanie w jakikolwiek inny sposób zdjęć, tekstów oraz wzorów prac bez mojej zgody jest zabronione.

Co mi w duszy gra...

h