16 czerwca 2010

Kodi

...w domu mogę robić naprawdę fajne rzeczy...

zajmować uwagę gości mojej pani...
być tylko i wyłącznie w centrum zainteresowania
...z resztą najlepiej wszystkich obecnych właśnie w domu...


lubię się przytulać, łasić i siedzieć u nich na kolanach...

a już szczególnie lubię siedzieć przy stole

lubię się przyczaić i patrzeć kiedy moja pani wyjdzie z pokoju...
  ...a wtedy niepostrzeżenie zlizać zawartość talerzyka

lubię swój dom...
uwielbiam spać na łóżkach we wszystkich pokojach...
konkretnie to na każdym choćby raz dziennie

...choć tak naprawdę usnąć mogę wszędzie i w każdej pozie..

a chyba najbardziej na świecie lubię spacery z moją panią...



Hau!

15 czerwca 2010

zielona


W końcu coś dla siebie...po długich tygodniach szycia wszystkiego dla innych, po "dłubaniu" nudnych poprawek... i tak dalej, powstała zielona TORBA NA ZAKUPY  :)

Torba zaprojektowana według moich potrzeb, więc musiałam w niej przewidzieć dużą kieszeń (wewnątrz) na schowanie portfela, notatnika i innych szpejów które zawsze ze sobą taszczę
( tak na wszelki wypadek)
 
Zrobiłam także kieszonkę na telefon i obowiązkowo karabińczyk na klucze cobym nie musiała ich szukać po całej torbie....
I to tyle z moich spełnionych wymagań co do torby :)
*******
Aha, jeszcze uszy- zrobiłam je troszkę i inaczej niż zwykle tzn jedno jest naszyte a drugie wiązane na supeł- a to tak żeby sobie torbę troszkę urozmaicić
Zapięcia (poza zapinanymi kieszeniami wewnętrznymi) ogólnie nie ma z prostego powodu- i tak nigdy torby nie zapinam, stale w niej grzebię, coś przekładam, wrzucam, wyciągam więc z założenia miała być bez zapięcia i prosta w obsłudze.
Materiał na nią upolowałam w ciucharce za całe 2 zł :)
Kolor tkaniny w rzeczywistości jest zielono-morski z żółtymi kwiatuszkami i wygląda naprawdę świetnie jedynie światło dziś niezbyt dobre do zdjęć...

I na koniec jedno tylko mam "ale" do tej torby- bowiem wymaga ona ponownego wykończenia tzn odszycia wokoło jako że moja maszyna definitywnie odmówiła współpracy plącząc nieznośnie dolną nić- i choć nie wygląda to zbyt estetycznie strasznie chciałam Wam ją dziś pokazać- no, ostatecznie ślęczałam nad nią cały dzień...

A ów defekt poprawię dopiero kiedy :
a) maszyna na nowo się ze mną pojedna
b) ktoś pożyczy mi inną- grzecznie współpracującą maszynę

Cóż, na razie udaję że tego nie widzę a jutro i tak pójdę z nią na zakupy ;P

08 czerwca 2010

Nadziewane lawendą...

Anegdotka ze spotkania z sąsiadami:
- a co ty tam Agnieszko majstrujesz?- pyta z ciekawością sąsiadka z balkonu na przeciwko trzymając na rękach kilkuletnią dziewczynkę jeszcze bardziej ciekawą od niej samej...
- aaa tam..szyłam wczoraj takie poduszeczki i teraz wypełniam je lawendą; Podobno dobra na mole i ładny zapach w szafie zostawia, nie tylko w szafie z resztą...wiesz...
Naraz słychać z mieszkania sąsiadów
-A z kim tam rozmawiasz Maju?- pyta dziadek dziewczynki
- Z panią Agnieszką- odpowiada zadowolona Maja
-I co, pani Agnieszka pewnie opala się na balkonie? 
- Ni-ee dziadek, worki nadziewa- lawendą!- poprawia dziadka dziewczynka

I tak więc mam  poduszeczki "nadziewane" lawendą :)
Na razie mam tylko trzy- z braku lawendy po prostu....nie spodziewałam  się że na taką poduszeczkę wchodzi tyle suszu.
Z jednego opakowania lawendy zrobiłam cztery poduszeczki z tym że do ostatniej troszkę brakło więc jeszcze jej nie zaszywałam..ale to nic niebawem wybieram się do sklepu zielarskiego więc nakupię całą siatę lawendy ;)))
A tymczasem szyję kolejne poduszeczki i niech sobie już czekają na wypełnienie i wykończenie
Tymczasem oto podusie które powstały

Ich wymiary to około 10x10cm ze wstążeczką do powieszenia

10 maja 2010

Ale baba!


Powiem krótko- na dworze znów deszcz... pada i pada- jak długo można tak wytrzymać się pytam, ja w każdym razie sobie nie radzę w taką aurę, więc dziś postanowiłam upiec (tak na osłodę tych deszczowych dni) rumianą drożdżową babę
Pomysł na babkę chodził mi po głowie od niedzieli- tak, bo co to za niedziela bez ciasta ?!
i mówcie co chcecie, ale ja lubię tę niedzielną tradycję ;)
Niestety w niedzielę brakło mi drożdży, dzisiaj za to rozbiłam ostatnie jajko które zresztą z radością zlizał z podłogi pies...


Cóż pozostało- poza niezbyt dobrym pomysłem aby gnać w deszcz do sklepu po jaja, mogłam tylko spróbować upiec babę bez jaj ;) No i...udało się, wyszło przepisowo!
A w trakcie pieczenia baby nawet mi się tak rymowało:

Gdy za oknem zimno i pada
Nic mi się nie chce, wręcz z sil opadam
Aż nagle wpadam na pomysł rzadki
By zrobić użytek z przepysznej babki
Przepisów tysiąc w mojej skrzyneczce
Lecz jeden tylko tak słodko szepce
"Weź drożdże, mąkę, cukier i masło
Zagnieć by rosło wnet z tego ciasto
Do pieca wrzucaj gdy jest gorący
Uważaj by palców nie upiec niechcący"
A koniec poczynań moich jest taki
Że teraz mam baby rumianej z pól blachy!

A co za oknem?...jakoś dziwnie przejaśniało, i przestało padać, zaklęcie jakieś czy co...?





Pozdrawiam wszystkich zaglądających ..:)

28 kwietnia 2010

W moim ogrodzie...

Dziś do mojego balkonowego ogródka zaprosiłam Wiosnę.
Uporządkowałam skrzynki i donice na balkonie,  posadziłam lawendę i niezapominajkę, zasiałam zioła a teraz już tylko czekam kiedy coś z tego wyrośnie ;)
Maleńki ten mój ogródek ale cieszy zupełnie jakby był naprawdę pokaźnych rozmiarów, i powiem Wam szczerze- nic tak nie odpręża i nie zadawala jak pogrzebanie sobie w ziemi, a nawet pielenie i sadzenie po to żeby ze ścierpniętymi od kucania łydkami móc ubrudzić się po łokcie a na koniec jeszcze być z tego zadowolonym, ha!
I wiecie co później najbardziej lubię?  Po prostu siąść na
(choćby takim małym jak mój) balkonie, z filiżanką parującej kawy, odreagowując pracowity dzień wsłuchać się w radosny świergot ptaszków, poobserwować pędzące po niebie chmury , delektować się zapachem kwiatów- a szczególnie kojącej lawendy...i dodam, że choćby nie wiem co to trudno taki dzień nie dodać do tych udanych
ŻYCZĘ WAM TAK SAMO UDANEGO  POPOŁUDNIA!







24 kwietnia 2010

Groszkami urzeczona..


Udało mi się pstryknąć szybkie fotki sukienki którą szyję dla klientki- jej materiał, moja koncepcja i moje wykonanie.
Zdjęcia robione "na szybko" jako że sukienka na wieczór ma być gotowa, jeszcze jest solidnie pospinana szpilkami i całkiem niedoskonała- bowiem muszę ją poprawić po staniej przymiarce, wykończyć "od środka" czyli zrobić odszycia, wszystkie stebnowania wierzchu i spodu, podwinąć od dołu, odprasować, wyczyścić z nitek które potwornie się do niej przyczepiają - no, ogólnie pięknie ją "odstawić".
Dlatego zmykam już do dalszej pracy nad sukienką która tak bardzo mnie urzekła że wprost musiałam się ją pochwalić :]




Miłego oglądania, macham do was znad maszyny...papaaaa :)

17 marca 2010

Zodiakalny koktail...poznawanie siebie...czyli o rybach będzie



... dziś krótko o rybach...nie,  wcale nie o tych w morzu, w rzecze czy na patelni ale o rybach zodiakalnych- czyli i o mnie ma się rozumieć :)
Jako że już jakiś czasu jesteśmy w znaku Ryb i do tego dziś obchodzę n-te urodziny (o Boże, to już tyle?!#!) naszło mnie na przeglądnięcie książki którą niedawno kupiłam na wyprzedaży a jakoś nie było czasu na zagłębienie się w jej treść, a książka wydaje się całkiem ciekawa- jest swoistą podróżą wśród gwiezdnych symboli, a jako że ja od zawsze param się astrologią, ezoteryką i takim tam, to nie mogło zabraknąć jej w mojej biblioteczce
(Podaję tytuł i autora książki dla bliżej zainteresowanych: Leszek Weres "Homo-Zodiacus")

Ale, ale wracając do tematu- pozwólcie że zacytuję co przeczytałam w tej książce o zodiakalnej frasobliwej Rybie- czyli o sobie...
" Nie wiem czy bardziej ulegam urokowi mroźnej, zimowej aury, czy też mało wyczuwalnym jeszcze i odległym wibracjom wiosny. Ślad tego niezdecydowania odnajdziecie prawie we wszystkich przejawach mojej aktywności (nie przypadkowo znak mój symbolizują dwie ryby płynące w przeciwnych kierunkach), ale siła moja nie w czynach ujawnia się i w działaniu lecz w "czuciu i wierze", które z pewnością silniej mówią do mnie "niż mędrca szkiełko i oko"
Wokół mojego znaku narosło wile nieporozumień niż wokół jakiegokolwiek innego, lecz często negatywny obraz Ryb jest wynikiem mało dojrzalej prezentacji  w literaturze podmiotu, nie zaś rzeczywistych cech, które można mi przypisać. Nie jestem tak slaby, bezbarwny bi pozbawiony energii, jak to się na ogól sądzi
....
Występuję w dwóch wcieleniach (lubię to tajemnicze słowo)- jako przedstawiciel ostatniej fazy ewolucji lub reprezentant wstępnego jej etapu (jako że Ryby są ostatnim znakiem w kole zodiaku i jednocześnie jak w to w kole bywa początkiem kolejnego cyklu) .
W pierwszym usiłuję poddać się transcendencji, w drugim jeszcze do niej nie dorosłam. W obu- nie najlepiej funkcjonuję w aktywnej rzeczywistości, gdyż albo ją przerastam , albo czuję się w niej zagubiona.
Zawsze jednak ulegam jej wpływom, jak psychiczna gąbka nasiąkając nastrojami, życiem innych ludzi i tym wszystkim co mnie otacza.
Jestem też skłonna do samotności, zupełnej bierności lub ucieczki w iluzję alternatywnej rzeczywistości- używki, uzależnienia..

Nadmierna wrażliwość stale grozi mi rolą kozła ofiarnego wszędzie tam, gdzie nie potrafię unieść odpowiedzialności za swój los


Rożne elementy rzeczywistości wydają mi się być ze sobą powiązane tak, że odczuwam jedność wszechświata lub- częściej konfuzję, w rezultacie której nie bardzo wiem , co mam uczynić jednak zazwyczaj obie postawy występują jednocześnie.
Jestem więc wrażliwa na los każdego żyjącego stworzenia, pełna litości wobec ciepiących i potrzebujących, a zarazem staję się ofiarą brutalności osobników wykorzystujących wprost możliwości, które niesie ze sobą  życie, a jednocześnie możliwości te napawają mnie lękiem, a nawet paraliżują codzienne działania.
Mój pociąg do mistycyzmu, magii czy parapsychologii nie powinien nikogo dziwić. Jest on naturalny, jeśli przypomnieć że myślenie magiczne zakłada, iż wszystkie elementy tego świata są wzajemnie ze sobą powiązane, a intuicja , będąca silną bronią w moim ręku, mówi mi, ze taka jest właśnie natura otaczającej mnie rzeczywistości


Jeśli dążenie do świadomości kosmicznej przerasta mnie, uciekam -podobnie jak Rak w przeszłość- we własny świat fikcji i złudzeń. Jeśli jednak potrafię narzucić sobie dyscyplinę, mój rozwój duchowy nie ma kresu. Jako mistyk, medium, filozof czy duchowny także potrzebuję samotnego azylu, ale odnajduje go w świecie sztuki, teatru, muzyki czy filmu, świecie pozwalającym mi przeżywać rzeczy wzniośle i piękne


W przeciwieństwie do Wodnika nie cenie zbytnio intelektu, bo prawdy do których dochodzę, i odmienne stany świadomości, które przeżywam, i tak wymykają się spod kontroli rozumu. Kieruję się więc intuicją, uczuciami oraz nie wiadomo skąd biorącymi się przeczuciami- i często mam rację , nie tylko wbrew całemu światu, ale i zdrowej logice faktów.
Zazwyczaj więc czuję, niż potrafię powiedzieć, tym bardziej że na opis  pozamaterialnego świata nie znajduję odpowiednich słów. Lepiej czynią to poeci. Mój sposób widzenia świata opisuje Jarosław Iwaszkiewicz we fragmencie "Warkocza jesieni" i nic dziwnego że robi to tak dobrze, skoro urodzil się w pierwszym dniu mojej fazy (czyt. znaku zodiaku)


"Nim przyjdzie wiosna,
nim przyjdą mrozy,
W ciszy kolebce-
Nade mną sosna,
Nade mną brzoza
witkami szepce

Szepce i śpiewa
niby skrzypcowa
melodia cicha,
melodia nowa,
której nie słychać,
która dojrzewa

Tak się zapadam,
jak w śniegu puchy,
w jesienne liście,
i tylko duchem
słucham i badam,
czy noc nadchodzi,
czy świat się rodzi,
czy rzeczywiście?

I tylko przez sen
wyciągam ręce,
-mnie to nie budzi-
nie chcę nic więcej,
bo wiem, że jestem
w nieskończoności,
w morzu miłości
do ludzi"


Jeśli wiersz ten poruszył was, macie by może szanse przeniknąć przynajmniej niektóre tajniki świata Ryb"



**********
Oj, miało być krótko a tu się tyle napisało- no, cóż książka jest jeszcze bardziej opisowa tak więc dla ciekawych- "wtajemniczonych" powinnam napisać jako zodiakalna Ryba- szczególnie polecam.W każdym razie ja bawiłam się świetnie przy jej czytaniu :)
Co jeszcze na dziś, hmm...jeśli przy mistycyzmie jesteśmy- postawiłam dzisiaj kabałę- nie wystarczyło, rozłożyłam więc  i tarota, poddałam się chwili, wzniosłam się w marzenia- o tym że to co pokazują karty niebawem się ziści i.... i musiałam zejść na ziemię bo praca wzywa- do końca tygodnia mam masę poprawek do zrobienia, i jeszcze uszyć spódnicę dla niecierpliwej klientki, ale nie narzekam- grunt że interes się kręci ;)

Pozdrawiam Wszystkich i do następnego postu!

10 marca 2010

Szyję Xxl ;)


 I stało się...wciąż jakoś w to nie wierzę ale jednak w końcu zdobyłam się na odwagę, wzięłam sprawy w swoje ręce  i.... zalożylam swój maly biznes ;]
Wszystko na spółkę z mamą żeby ciąć maxymalnie koszty, które jak wiadomo w Polsce są olbrzymie- te wszystkie zus-y, podatki, na razie same rachunki do płacenia, ale wierzę w to że powoli całe przedsięwzięcie się rozkręci i  w 100% będę mogła realizować swoje marzenia- projektować ubiory dla puszystych, szyć, szyć i jeszcze raz szyć, mieć zadowolone klientki (no, zupełnie jak dotychczas jedynie życzyłabym sobie ich ciut więcej ;))

Teraz właśnie siedzę nad płaszczykiem dla klientki w rozmiarze 52, szyje się świetnie bo materiał to elanobawełna a dodatkowo rozpiera mnie energia- całkiem właściwa dla każdego nowego przedsięwzięcia, czuję że moglabym nie spać całą noc tylko szyć i szyć- ku zadowoleniu klientek...
A poza płaszczem mam jeszcze masę poprawek do zmajstrowania- jak widać reklama szeptana działa i jest chyba najlepsza na świecie :)
Tak przyszłościowo- oprócz usług chcę też zacząć szyć gotowe modele ubrań, wprost do kupienia u mnie czy w sklepie- tak bo mam nadzieję że powstanie chociaż mały sklepik internetowy, może nie tylko internetowy...ale to wszystko z czasem, na razie tonę w zleconym szyciu :)

Kończę zatem ten króciutki post i pełna optymizmu i energii ruszam do dzieła
Aparat dalej w naprawie, potrzeba sprowadzić jakąś część więc muszę jeszcze poczekać a zdjęć nadal nie robię i nie pokazuję ...
Pozdrawiam Wszystkich śpiewająco...AGNIESZKA

03 marca 2010

O Pomocniku rzecz się ma...



Chciałabym się pochwalić co ostatnio poczyniłam, ile rzeczy powstało...że skończyłam  gorset, że udał mi się całkiem fajny portfel (a nawet dwa ;))...poza tym uszyłam takie, takie i takie rzeczy (bo ostatnio szyję caaałymi nocami i troszkę tego do chwalenia się uzbierało)-a niestety nie mogę tego wszystkiego pokazać.
zwyczajnie, z braku  najprzydatniejszego urządzenia poza maszyną do szycia oczywiście- czyli aparatu fotograficznego ...
Moja kochana camera obscura uległa, hmm...nazwijmy to "wypadkowi" przy pracy i teraz tylko pozostało mi cierpliwie (albo nie-cierpliwie) czekać na naprawę...a  więc i zdjęcia obiecuję dodać jak tylko uda mi się je zrobić, czyli...hmmm, nawet nie wiem kiedy, zdaję się jedynie na to że Pan Reperator Aparatów Fotograficznych szybko uwinie się z usterką :)
Jedyne zdjęcia jakie zdążyłam pstryknąć i ściągnąć na komputer to te uwieczniające mojego małego Pomocnika który przez cale dnie nie odstępuje mnie na minutę i chociaż w malej siedmio-metrowej pracowni miejsca na jeden krok  i chociaż Pomocnik więcej bałagani niż pomaga...to jakoś nie potrafię się na niego gniewać, zwłaszcza kiedy spogląda spod stołu tymi niewinnymi oczętami i z rozbrajającą miną... tak- nawet jeśli wymościł sobie właśnie gniazdko w pudle z resztkami tkanin
"no, cóż- to w końcu tylko resztki tkanin,za to ja..."-powiedział Pomocnik ;)

 
  

*********************

My tu gadu gadu, a tymczasem za oknem zima wróciła... do południa słońce na błękitnym niebie a tu nagle z minuty na minutę szaro-sine ciężkie niebo i puszyste płatki śniegu na nosie..i pomyśleć że w południe można było latać w wiosennej kurteczce, jak z resztą wielu uczyniło (co oceniam po widoku "porozbieranych" na ulicach ludzi). .oj, chce nam się już wiosny!
Tym akcentem kończę dzisiejszy pościk...strasznie mi szkoda że nie mogę pstryknąć żadnej fotki i  pokazać Wam moich nowych dziełek, ale mam nadzieję że już niebawem przedstawię wszystko hurtowo :)
Pozdrawiam Was wiosennie i do następnego postu!

21 lutego 2010

Nie mów hop...

Jest takie powiedzenie....nie mów hop zanim nie skoczysz...
Tak, zwykle staram się tego przestrzegać...a poza tym wierzę w takie tam rzeczy jak "zapeszanie", więc nie mówię że coś MAM kiedy jeszcze tego NIE TRZYMAM W RĘCE...a w ostatnim poście SIĘ POSPIESZYŁAM...i co? a to, że gorset się nie udał!
tzn pewnie by się i udał ale zobaczyłam plamkę na podszewce a tak bardzo nie lubię robić czegoś po łebkach, niedokładnie , nieidealnie i ta plamka znając życie doprowadzałaby mnie do szału więc postanowiłam że ją zapiorę...i co? Ha! podszewka się skurczyła!
Mimo że wcześniej ją prasowałam wte i wewte, na mokro, gorącym żelazkiem....na blaszkę ją wyprasowalam, a tu ci taki żart!
No i teraz muszę czekać na poniedziałek kiedy będę mogla kupić kawałek podszewki i podszyć gorset od nowa...uhh, pasmo nieszczęść ostatnio, czego się tknę to mi nie wychodzi...nic tylko związać ręce i stać w kącie aż zła passa minie bo jeszcze jestem w stanie zrobić sobie samej krzywdę...jak zwykle niechcący...

Tak więc teraz czekam tylko do poniedziałku...miałam jeszcze w głowie uszycie torebki i portfela- to nie tylko zachcianka ale wręcz potrzeba, bo chodzę z taką starą torebką że aż wstyd, a cóż poradzić że to moja ulubiona ... tak więc koniecznie muszę sprawić sobie drugą taką którą pokocham miłością dozgonną
A portfel niby już powstał, jako owoc pracy minionej nocy...ale cóż- dalece nieidealny....aaa, bo źle sobie wszystko wymierzylam, źle, wszystko źle... i krzywy do tego jak fix, ale jak już widziałam że mi nie wychodzi to nawet odechciało mi się dbać o szczegóły- ale chyba powoli uczę się na błędach...następny portfel będzie lepszy, a ten odłożę gdzieś na dno szuflady żeby się go nie wstydzić...


 
 


To tyle na dziś...musiałam się trochę pożalić, pousprawiedliwiać, ponarzekać...i trochę mi teraz lepiej
Pozdrawiam wszystkich  AGA


Ps...Aaa, tam wiecie co,biorę się jednak za tę torebkę...żebym sobie tylko palców nie przeszyła, KCIUKI TRZYMAJCIE ! ...i do następnego postu ;)

18 lutego 2010

mały comeback / CISZA JA I CZAS...



Kochani, wracam nareszcie bo długiej przerwie... winna jestem wyjaśnienia dlaczego tak zaniedbałam swoje obowiązki względem bloga, ale wiele byłoby opowiadać...trzeba  by założyć nowy temat a to i tak pewnie mało żeby spisać to co się ostatnio u mnie działo.... mętlik, haos, galimatias ogólnie- to bohaterowie moich ostatnich tygodni, ba! miesięcy nawet...
Pokrótce powiem tyle że wszystkie moje plany runęły jeden po drugim, na łeb na szyję...możecie się domyślać jakie samopoczucie temu towarzyszy- bezsens,dół... no, deprecha totalna

Koniec końców wszystkich poczynań i wydarzeń losu osiadłam w Krakowie, wydaje mi się że już na dobre
i tutaj slówko do  Ma.ol.su  w odpowiedzi do ostatniego komentarza (ech, jak to dawno bylo) jak widzisz Kochana zmiany, zmiany- duże zmiany, choć nie takie jakie bym sobie życzyła...bo zamiast mościć sobie gniazdko na odległej (no, może nie aż tak bardzo odległej) brytyjskiej wyspie, zamiast realizować swoje plany, najśmielsze marzenia, zmagam się tutaj z piekielnie ciężką, szarą i jakże niełaskawą polską rzeczywistością....jeszcze jestem zła i rozgoryczona na los za takie zmiany, lecz kiedyś kto wie może je docenię...
mam także słówko do Sebastiana- że niestety nie uda nam się wypić razem herbatki, a już na pewno nie z kubka zakupionego w "funciaku", ani zrobić tych pięknych zdjęć przy zwiedzaniu parków i ogrodów ... lecz mam nadzieję że wszystkie te rewelacje, zdjęcia w szczególności obejrzę je niebawem na Twoim blogu :)

Co jeszcze z przełomowych wydarzeń..siedzę od paru dni w domu...nie, nie krzyczcie że mam wolne a do tego czasu jeszcze nie napisałam, ale uwierzcie że po tygodniach pracy, i po 10-11 godzinach przez 7 dni w tygodniu poza domem, czuję się jakbym otrzymała wolność i tak naprawdę nie wiem co z nią zrobić...niby tyle planów, zalegości a ja snuję się z kąta w kąt nie mogąc znaleźć sobie miejsca...hmm..mam czas jeszcze do końca miesiąca kiedy kończy się sielanka i będzie trzeba wrócić i znowu wdać się w wir pracy i obowiązków, więc wczoraj złożyłam postanowienie poprawy i stwierdziłam że trzeba zaraz zacząć działać, po czym jednym susem przysiadłam do maszyny

Jeju jak bosko!! ...usłyszeć ten kochany turkot maszyny, jak cudownie jest móc znowu posiedzieć w pracowni w samym środku nocy, wtedy kiedy pogasną światła we wszystkich sąsiednich oknach, i kiedy wszyscy już śpią...i tylko JA- sam na sam Z MASZYNĄ- tak...chyba stanowimy niezły duet :]
Wtedy panuje w domu dziwna cisza...najmniejszy szmer obija się z echem o ściany.. słyszę szelest materiału, słyszę swój oddech, swoje myśli kołaczące się po głowie, te wszystkie niespisane idee, koncepcje, projekty, wariactwa niestworzone, pomysly które mogę narysować, nazwać po imieniu, których nie muszę się wstydzić bo jesteśmy w pokoju SAMI ...ja i te wszystkie myśli cisnące się na raz do głowy i  jakby krzyczące " mnie, mnie teraz wybierz!"....i wtedy lubię wziąć łyk kawy, włączyć w radiu boski 'czilaut' i zatopić się w tej CHWILI...w muzyce, w pasji, sile tworzenia jaka nagle mnie ogarnia....I WTEDY JESTEM SOBĄ...

A to zalążek tego co urodziło się tej nocy....oczywiście spora część jeszcze do skończenia, bo momentami więcej prułam niż szyłam, ale tak to już bywa z prototypami ;)
Na zdjęciach wkradła się odrobina całego mojego bałaganu, ale nic nie poradzę że pokoi mały, rzeczy dużo..a jak szyję to wszystko okazuje się potrzebne
Najpóźniej jutro pokażę Wam całość- w projekcie jest też bluzka więc czekajcie cierpliwie

Pozdrawiam Was wszystkich i dziękuję za odwiedziny AGNIESZKA


Prace i fotografie publikowane na blogu są moją wyłączną własnością .
Kopiowanie, rozpowszechnianie, wykorzystywanie lub przetwarzanie w jakikolwiek inny sposób zdjęć, tekstów oraz wzorów prac bez mojej zgody jest zabronione.

Co mi w duszy gra...

h